niedziela, 10 marca 2013

Chiny - 27.01-3.02.2013

Początek roku 2013 stał pod znakiem niemożliwych wręcz cen lotów z ciągle bankrutującym (ale nigdy do końca) włoskim przewoźnikiem Alitalia. Tym razem pojawiły się 2 opcje, Pekin za ok 400 zł oraz Tokio za ok 270 zł. Nieprawdopodobne, co nie?

Jako, że żyjemy w czasach ekspansji chińskiej, ciągle się słyszy, że "takie mp3 koszutuje pewnie w Chinach ze 2 zł" - wybór był jasny - czas to wszystko zweryfikować.

Koszty główne:
Lot Wenecja - Rzym - Pekin - Rzym - Mediolan - Praga - 405 zł
Lot Kraków - Bergamo ~ 70 zł
Autobusy + pociąg z lotniska w Bergamo do lotnska Da Vinci w Wenecji - ok 94 zł
Polskibus z Pragi do Wrocławia - 80 zł
Wiza 290 zł (sama wiza 220 zł + pośrednik)
Hotel w Pekinie ok 200 zł za 5 nocy (nazywa się Lucky Family Hostel - bardzo, bardzo polecam - do znalezienia na hostelworld.com)
W sumie: 1149 zł

Wydatki na atrakcje, transport w Pekinie (przejazd metrem na dowolnym odcinku 2 juany = 1 zł), jedzenie, myślę, że nie więcej niż 300 zł (najdroższe to wycieczka na Mur Chiński oraz Oceanarium bo w sumie z 150 zł).

Wydatki na odzież, elektronike = dużo bo tanio :)

Od wyjazdu już troszkę minęło i mogły mi umknąć niektóre fakty.

Dnia 27 stycznia odlecieliśmy samolotem linii Ryanair z podkrakowskich Balic do małego lotniska pod Bergamo we Włoszech. Stamtąd autobusem na dworzec, a z dworca pociągiem do Wenecji z przesiadką w Brescii. W wenecji mieliśmy całą noc oczekiwania więc zrobiliśmy szybką rudnkę po mieście, spotkaliśmy trochę Polaków którzy również wybierali się do Azji oraz zrobiliśmy zakupy na kolacjo-śniadanie. 
Na lotnisku spotkaliśmy jeszcze więcej Polaków i jak to zwykle bywa wywiązało się spotkanie integracyjne :)


Rano odlecieliśmy już samolotem Alitalii do Rzymu, gdzie po szybkim transferze (ok 40 minut) odlecieliśmy do Pekinu. Lot trwał ok 10h (co ciekawe powrót trwa ok 40 minut dłużej, obstawiam, że to przez siłę Coriollisa i pewnie jakieś prądy powietrzne). Jako, że w nocy dużo nie pospaliśmy praktycznie całą podróż przespałem. Lądowaliśmy wg. czasu polskiego o godzinie 23, natomiast w Pekinie była 6:50. Przez wcześniej nieprzespaną noc udało się nam troszkę zniwelować efekt jet lagu, ale wieczorem i tak ledwie żyliśmy. 
Dotarliśmy do hotelu taksówką (polecam ten środek transportu - tani, 50 zł za ok 30 km). Szybki check-in i wyruszamy na zwiedzanie Pekinu. Jednak wcześniej  do banku wymienić euro (część wymieniliśmy na lotnisku, ale tam było drogo) - na podstawie własnych doświadczeń polecam jednak wybierać z bankomatu kartą mbanku - wyszło najtaniej. 
Pierwszego dnia zwiedziliśmy Plac Tiananmen, podeszliśmy pod bramy Zakazanego Miasta oraz wyruszyliśmy zbadać rynek w Silk Markecie (najpopularniejszy market z podróbkami w Pekinie). 




Oczywiście pierwsze zakupy mimo, że wydawały się okazyjne w perspektywie czasu już takie nie były. Na kolejne zakupy wybraliśmy się dopiero ostatniego dnia jako "starzy wyjadacze". Opłaca się kupować praktycznie wszystko (ja skupiłem się na ubraniach oraz elektronice) jednak trzeba być uważnym i sprawdzać kupowany towar. 

Dnia drugiego trafiliśmy do Świątyni Ziemi, trochę przypadkowo bo chcieliśmy do Świątyni Buddy. Poza metrem Pekin jest dosyć trudnym do zwiedzania miastem, ulice o tej samej nazwie są bardzo długie, lokalni mieszkańcy nie są w stanie pomóc, gdyż praktycznie nie mówią po angielsku. 
Świątynia Ziemi to w rzeczywistości kompleks ogrodowy (Chińczycy bardzo wierzą w moc natury). 
Najciekwsze tam było zdecydowanie zachowanie Chińczyków  - Seniorów. Temperatura ok 0 stopni, a Ci sobie tańczą, czasem przy muzyce, czasem nie, czasem jedna para, czasem kilka. Taka forma obcowania z naturą na świeżym powietrzu. 



Następny punkt to Pałac Letni. Jest to ogromny kompleks pałaców i świątyń, położony na obrzeżach Pekinu, nad sztucznym jeziorem. 






Jazda na krześle na lodzie.




Wieczorem udaliśmy się na Ghost Street na kolację. Niestety nie mogę powiedzieć niczego dobrego o kuchni chińskiej (a w Polsce ją bardzo lubię - widocznie dostosowali się do standardów europejskich). Potrawy, które powinny być ostre są słodkie, smaki są pomieszane. Typu kiełbaski o smaku cynamonu. Ponoć wiąże się to z tym, iż Chiny posiadają bardzo niewiele terenów uprawnych w porównaniu do ilości mieszkańców i jadło/je się tam to co się da (czytałem np. o podfermentowanym torfie). 






Kolejny dzień to wycieczka na Mur Chiński do Badaling. Jako, że tego dnia nie kursowały autobusy komunikacji podmiejskiej zmuszeni byliśmy wybrać się wycieczką zorganizowaną. Sam przejazd z przewodnikiem kosztował 20 juanów (10 zl), ale oczywiście ekstra w programie było muzeum figur woskowych przedstawiających panowanie dynastii Ming (nic ciekawego) - wstęp 40 juanów (20 zł), fabrykę biżuterii z malachitu oraz sklep (!) - ale to już za darmo. Wstęp na Mur również kosztuje 40 juanów (20 zł). Sam Mur to oczywiście atrakcja, jednak było bardzo mglisto (jak praktycznie przez cały pobyt) i w moim odczuciu Mur Chiński to poprostu strome śliskie schody. No koniec zabrano nas jeszcze do Grobowców Dynastii Ming - 





Muzeum figur woskowych dynastii Ming.

Na taką wysokość można wyjść po około 45 minutach podejścia na mur.

Było momentami bardzo ślisko.


Dzień czwarty rozpoczeliśmy od powrotu do Zakazanego Miasta, które pierwszego dnia było zamknięte (jest tak w każdy poniedziałek). Podejrzewam, że moja ekscytacja tym miejsce kilka dni temu była by większa bo teraz orientalna architektura już nie była taka orientalna. Wszystko na jedno kopyto, jeżeli w ogóle wypada tam to określać :) M.in. dlatego nie wchodziliśmy już pod Świątynię Nieba.

Zakazane Miasto



Wszechobecny kult natury - tutaj skał.

Następnie czas na małe zakupy, tym razem Pearl Market.

Na bliskim planie Hutongi, tyle, że te wyglądają bardziej jak slamsy, w tle Pearl Market. Chiny jak to kraje komunistyczne to kraj kontrastów i w zasadzie braku klasy średniej.
Wieczorem udaliśmy się jeszcze zobaczyć jeden z najbardziej znanych obiektów architektury nowoczesnej - budynek telewizji. Robi wrażenie. To ten na trzy zdjęcia w dół.




Dzień czwarty - Pekińskie Zoo.




Oraz coś nie planowanego - Oceanarium, które zrobiło na mnie duże wrażenie ! Szczerze polecam, mimo, iż jes to chyba najdroższa atrakcja w Pekinie, 120 juanów (60 zł).


Taakie ryby :)



Ostatni dzień to jak wspomniałem na początku finalne zakupy a wieczorem wizyta w "centrum" z popularnym targiem na którym można spróbować różnych dziwnych rzeczy typu rozgwiazdy, koniki morskie, jądra czy penisy.

Wspomnę tutaj o zakupach. W Silk oraz Pearl Markecie można kupić niezłej jakości podróbki (szczególnie ubrań) w bardzo dobych cenach. Należy jednak się targować, finalna cena dochodzi do ok 20% ceny początkowej. Przy zakupie elektroniki (np. smartfona) należy sprawdzić czy posiada istotne funkcje, galaxy note który kupiłem nie posiadał GPS.






Chiny to kraj ewidentnie różniący się do krajów Europejskich. Ludzie chodzą w maskach, bo niby smog (chociaż ja jestem nie do końca przekonany gdyż ostatniego dnia "smog" zniknął więc mniemam że to była zwykła mgła). Ludzie jeżdżą albo wypasionymi furami albo śmiesznymi wieloosobowymi motorkami. Oczywiście jak przystało na Azjatów - elektronika jest bardzo popularna. Ludzie potrafią iść chodnikiem i oglądać film na smartfonie, cz grać w fifę w metro. Jednak władze tego kraju bardzo starają się kontrolować obywatela. W rozmowie w busie z pewnym młodym Chińczykiem wspomniałem o Youtube - odpowiedział "a co to jest ?" !!! Oczywiście Facebook jest również zablokowany. Mają oni własne, nacjonalne odpowiedniki tych seriwsów.
Wracając do inwigilacji - we wszystkich stacjach metra obowiązuje kontrola badażów, przy wejściu na plac Tiananmen dokumentów (obcokrajowcy nie są kontrolowani). Najbardziej absurdalna sytacja miała miejsce również w okolicach placu Tiananmen, gdzie zostałem zaczepiony przez człowieka oferującego wycieczki na Wielki Mur o imieniu Kevin (później była jeszcze Merry, David - skąd oni mają takie imiona :)). W czasie rozmowy wyskoczył mi z za pleców policjant z kamerą, sfilmował Kevina, jego wizytówkę oraz mnie !
Na koniec jeszcze kilka zdjęć obrazujących odmienność Chin.





Normalny (!) ruch w metrze w godzinach wieczornych.
Powrót do Polski był z stopoverem w Rzymie, wykorzystaliśmy go na szybkie zwiedzanie oraz przestawienie się na czas polski. Kładąc się spać o 23 w Chinach była 5 rano. Następnie loty Rzym - Mediolan oraz Mediolan - Praga, później o 20:00 Polskibus.com do Wrocławia gdzie odebrał nas już znajomy.

Wypad zdecydowanie na plus, grzechem było by nie wykorzystać takiej ceny. Czekam z niecierpliwością na kolejne promocje Alitalii.



poniedziałek, 3 września 2012

17-26.08.2012 - Czarnogóra, Albania, Bośnia i Hercegowina, Chorwacja

Okres wakacyjny nie sprzyja tanim lotom więc kierując się ekonomią, środkiem transportu został samochód. Trasa została ustalona tak, aby była relatywnie krótka i tania. Droga "tam" wyglądała następująco: Tarnów - Kosice - Budapeszt - Osijek - Sarajewo - Podgorica - Ulcinj. Jej głównym założeniem był jak najszybszy dojazd. Niestety, mimo że portal docelu.pl pokazał 16h jazdy, skończyło się na około 20h. Trasa powrotna zakładała zwiedzanie Dubrovnika w Chorwacji, następnie zobaczenie słynnego mostu w Mostarze oraz krótki pobyt w Sarajewie. Pierwsze dwa punkty udało się zaliczyć, niestety problemy z samochodem oraz decyzja aby jak najszybciej dojechać do domu spowodowały pominięcie Sarajewa (może to i lepiej, ponoć to miasto na więcej niż "godzinkę"). Relacja "dzień po dniu":

- dzień 1 i 2:
Wyjazd ok godziny 16, przejazd i dotarcie na miejsce do Ulcinj w Czarnogórze około południa. Po drodze przejeżdżaliśmy przez bardzo widowiskowy koanion rzeki Tara w BiH (foto poniżej).
Szybkie rozpakowanie i wyjazd na Wielką Plażę (ponad 13 km długości). Plaża rzeczywiście długa i szeroka, pokryta piaskiem który przypomina kurz (kolorem i rozmiarem ziarenek). Rodzaj piasku powoduje, że woda jest również mętna i wygląda niezbyt atrakcyjnie. Poza tym w okolicy plaży można było zobaczyć pasące się krowy :)

Kanion rzeki Tara w BiH.


Zamieszkaliśmy w zarezerwowanym zdalnie apartamencie "Amina" - bardzo polecam, ceny ok (10 euro/os), czysto, dość nowocześnie i śliczny widok (zdjęcie poniżej). Ogólnie z noclegami nie ma problemu, już na samym wjeździe do miasta stoją ludzie oferujący apartamenty już od 5 euro.

- dzień 3:
Ulcinj został wybrany jako miejsce pobytowe na 2 noce, a to za sprawą bliskości Albanii. Miasto Skhoder położone jest w odległości ok 70 km. Sama Albania krajobrazowo niczym się od Czarnogóry nie różni. Jedyne co mnie zaskoczyło, to że centrum miasta jest naprawdę ładne a liczyłem na ... no każdy sobie może wyobrazić. W samym mieście do zobaczenia jest jedynie całkiem ładny meczet, warto również podjechać nad jezioro szkoderskie, można w nim zobaczyć m.in. pływające krowy. Kilka zdjęć:





Powyższe fotki z albańskiego miasta Skhoder.

Krowy w jeziorze Skhoderskim.

Wieczorem wybraliśmy się zobaczyć rozrywkową część Ulcinj. Wizyta była dość krótka ze względu na zmęczenie. Jedyne co mogę powiedzieć że było tam strasznie dużo ludzi i było naprawdę ciepło (myślę, że z 35 stopni).

Widok z apartamentów.

Ulcinj nocą.


- dzień 4
Przejazd z Ulcinj do Kotoru - miejscu pobytu do końca wyjazdu. Po drodze zwiedzanie Starego Baru, miasteczka z X wieku. 


Stari Bar.

Po ok. 2 godzinach zwiedzania ruszyliśmy dalej i dotarliśmy do Kotoru. Ponoć jest to jedno z najładniejszych miast Czarnogóry, położony w bardzo malowniczej zatoce "Boka Kotorska" która przypomina fiord. 
Tutaj porada, nie rezerwujcie noclegów w Youth Hostel Spasic-Masera. Warunki przypominają akademiki z lat 80tych. W opisie pisze, że jest klimatyzacja i jest, ale na korytarzu a nie w pokojach. My ten błąd popełniliśmy, ale po 1 nocy zmieniliśmy lokum. Wystarczyło troszkę poszukać i popytać. Cena 12,5 euro/os. Do dyspozycji 2 sypialnie, duży pokój dzienny z 2 łóżkami i aneksem kuchennym + taras z pięknym widokiem (zdjęcie poniżej). Kotor (jak i cała zatoka) ma 1 minus, praktycznie brak sensownych plaż, wyglądają tak:

Plaża "Dobrota".
Widok na Boke Kotorską oraz jednocześnie widok z naszego tarasu.

W związku z słabą jakością plaży w okolicy Kotoru zmuszeni byliśmy dojeżdżać do plaży Jaz, położona jest ok 15 km od Kotoru, 4 km od Budvy. Plaża jest piaszczysta, ale przylegają do niej skałki bardzo dobrze nadające się do snurkowania i obserwowania życia dna adriatyku. Dodatkowo plaża posiada dobrą infrastrukturę w postaci parkingów, restauracji czy pryszniców. 

Plaża Jaz.

Jeżowiec.

Rybki i inne żyjątka.

- dzień 5-8
Przez pozostałą część pobytu spędzaliśmy plażując, część zwiedzając okolicę. Najlepiej zobrazują to zdjęcia:

Kotor.

Kotor.

Kotor.

Sveti Stefan.

Czysta woda :)

Budva.

Budva.


- dzień 9
Jak pisałem na wstępie, w drodze powrotnej udało się zobaczyć Dubrovnik oraz Mostar.
Dubrovnik nazywany jest "Perłą Adiratyku" - i podpisuje się pod tym zdecydowanie, naprawdę pięknie położone, śliczne architektonicznie i mające klimat miasto. 
Mostar słynie z mostu i chyba tylko z tego (nic więcej tam nie zauważyłem, no może poza elewacją budynków z śladami po kulach zapewne z czasów wojny bałkańskiej).

Dubrovnik.

Dubrovnik.

Dubrovnik.

Mostar.

Mostar - widoczne dziury po kulach.


Reasumując Czarnogóra to bardzo ciekawa destynacja wakacyjna, ceny ciągle są w miarę niskie, pogoda gwarantowana, a i jest co zobaczyć. Troszkę im brakuje do Chorwacji, ale to gwarantuje wspomniane niskie ceny.

Z najistotniejszych informacji:
- nie są wymagane paszporty w żadnym z opisanych krajów, wystarczy dowód osobisty,
- konieczna jest zielona karta,
- paliwo ok 10% tańsze (diesel),
- wjeżdżając do Czarnogóry obowiązkowa jest opłata ekologiczna - 10 euro, ale ja jej nie płaciłem gdyż celnik mnie poinformował że w sierpniu ona nie obowiązuje,
- uwaga na policję w Słowacji (mandat wynegocjowany z 300 euro na 100), policja w Czarnogórze dosyć miła (jedynie upomnienie).



sobota, 2 czerwca 2012

Cypr - Pafos - 21-25.05.2012

Rok 2012 jest wyjątkowo przystępny jeżeli chodzi o dobre ceny lotów na wyspy w rejonie basenu Morza Śródziemnego. Po Malcie za 130 zł, przyszedł czas na Cypr - tym razem trochę drożej bo 205 zł (ale wylot z Krakowa, więc odpadały koszty dojazdu do dalej położonego lotniska). Co ciekawe, w czerwcu pojawiły się bilety za 152 zł (!) - a to już naprawdę bardzo dobra cena, tym bardziej że to już praktycznie sezon. Oprócz Malty i Cypru w bardzo korzystnej cenie można dostać się również na Kretę - ale to może zostawię na kolejny sezon. 

Kilka podstawowych informacji:

- nocleg zakupiony został za pośrednictwem Hotels4u.com, nazywał się Paphiessa Hotel & Apartments, cena rewelacyjna bo 20 euro za 4 osobowy apartament (w jego skład wchodził pokój z dużym łożem, pokój z 2 dostawkami oraz aneksem kuchennym); w hotelu było praktycznie wszystko co potrzebne, szybkie wifi, bar z całkiem dobrymi cenami, basen kryty z siłownią oraz duży basen zewnętrzny; co ciekawe ten sam hotel w sezonie kosztuje 10 euro/os więc cena również bardzo dobra; cena za ten hotel "na miejscu" 3-4x wyższa - koniecznie rezerwować z wyprzedzeniem;

- samolot z Krakowa ląduje po 23, obowiązuje już wtedy nocna w autobusach (2,5 euro/przejazd) a taksówkę można już wynająć za 15 euro; nasz hotel znajdował się ok 2 km od przystanku (który zlokalizowany jest przy przystani) więc już przy 4 osobach taksówka była najlepszą opcją;

- komunikacja jest dosyć tania, 1 przejazd - 1 euro, bilet całodniowy - 3 euro (studenci 50% zniżki);

- zakupy proponuję robić w Lidlu, ceny wyższe niż w Polsce, ale akceptowalne;

- ceny w knajpach przy przystani całkiem dobre; piwo 1,5-2 euro, kebab od 3 euro, danie ok 7 euro;

- jeżeli chce się coś zwiedzić poza Pafos koniecznie trzeba wynająć auto... czego nie zrobiłem (a dlaczego ? w hotelu była możliwość wynajęcia samochodu klasy A, czyli jakiegoś małego za 28 euro za 1 dzień, niestety gdy chciałem zarezerwować samochód wszystkie były zajęte na jakiś tydzień do przodu; cena wynajęcia w zewnętrznych wypożyczalniach to ok 60 euro/dzień przy wynajęciu na 1 dobę, cena za 3 doby to... 60 euro, jako że był to przed ostatni dzień pobytu - zrezygnowałem z auta, zwiedzanie innym razem).

Relacja krótka, bo nie bardzo jest co opisywać. Samo Pafos jakoś specjalnie nie porywa. Na uwagę zasługują chyba tylko groby królewskie w rejonie Kato Pafos, centrum jest wg. mnie nie warte uwagi. Bardzo ładna za to jest plaża przy Coral Bay. Woda czysta, plaża pokryta drobnym piaskiem, w skrajnych punktach zatoki występują klify, gdzie można ponurkować i pooglądać podmorską faunę. Jako, że pogoda była słoneczna, temperatura dochodziła do 30 stopni wyjazd z turystyczno-wypoczynkowego przekształcił się wypoczynkowy :) Wydatny wpływ na to miał również basen hotelowy, gdzie codziennie spędzaliśmy kilka godzin. 

Na podstawie tego co zobaczyłem, Cypr to fajne miejsce na wypoczynek. Nie widziałem większych atrakcji, ale chciałem jechać jedynie na półwysep Akamas (z zatoką Lara gdzie ponoć można zobaczyć żółwie) oraz w góry Troodos. Jeżeli komuś zależy na zabytkach kultury antycznej - lepiej wybrać się do Grecji. To 5 wyspa Morza Śródziemnego którą miałem okazję odwiedzić. Ranking wygląda następująco: Malta, Sardynia, Cypr, Formentera, Ibiza.

Z mojej perspektywy Cypr nie porwał. Wynika to pewnie z tego, że nie widziałem największych atrakcji wyspy. Powtórzę podstawową poradę: wynająć auto ! 
Jednak jeżeli ktoś chce wyskoczyć w maju/czerwcu na krótkie wakacje - zdecydowanie polecam !

Nadbrzeże.

Hotelowe Spa. Peeling rybkami jest tam bardzo popularny (koszt 1 euro/minuta).

 Basen hotelowy. 

Kościół w pobliżu hotelu. Chyba najładniejszy obiekt architektoniczny Pafos.

 Kato Pafos. 

 Kato Pafos.

 Coral bay.
Coral bay.

sobota, 12 maja 2012

Maroko - koko spoko - 04.2011

Poniższy wpis został przygotwany specjalnie na konkurs "Paragony z podróży" - http://www.paragonzpodrozy.pl/ oraz portalu Fly4free i Scandjet: http://www.fly4free.pl/konkurs-rozdajemy-bilety-lotnicze-do-chorwacji/.
---
Gdzie: Maroko (Tangier – Marakesz – Essauira – Marakesz – Cascades D’Ozoud - Fez)
Kiedy: kwiecień 2011, 7 dni
Odległość: ( w sumie ok. 8 500 km, w samym Maroko: ~1500 km – autobus, bus, taksówka, piechota)
Waluta: 1 MAD (dirhama) = 0,38 zł
Koszty na 1 osobę:  700 zł (koszty stałe: lot, przejazdy, noclegi – 480 zł, reszta jedzenie + pamiątki), zakupu np. ubrań nie wliczałem

Ceny:
- przeloty 126 zł (Kraków – Paryż (Beauvais) - Tangier – Fez – Bolonia – Katowice) – odcinek Bolonia – Katowice Wizzair, reszta Ryanair,
- noclegi 20-25 zł (2 noce w „mieszkaniu”, 2 w hotelu klasy mocno turystycznej, 1 w riadzie),
- pociąg Tangier – Marakesz – 70 zł,
- autobus Marakesz – Essauira 22 zł (tam) i 18 (powrót) – ponieważ jeden bilet zakupiony na stacji tuż przed odjazdem, drugi dzień wcześniej, uwaga, sieć Supratouru którą podróżowaliśmy ma osobne dworce,
- bus Marakesz – wodospady w Ozoud – Fez – 60 zł/os – myślę, że cena tak niska ponieważ było nas 10 osób, a dodatkowo u właściciela wykupiliśmy noclegi,
- taxi – lotnisko w Tangierze – dworzec 78 zł (tzw. Grand Taxi – stary mercedes „beczka” – za 6 os, bo tyle tam „wchodzi”)
- petit taxi – dworzez Marakesz – medina  12 zł (za 3 os, tyle maksymalnie osób wchodzi, samochody to Fiaty Uno bądź Fordy Fiesta)
- jedzenie: 
harira (zupa z ciecierzycy) 1,5 zł ,
sok wyciskany na miejscu (1-2 zł),
tajin od 10 zł (jajecznica z warzywami) do 20 zł (z kurczaka),
barbrian whiskey (herbata z miętą) od 0 (sposób na zatwierdzanie transakcji, np.  kupił ją taksówkarz z którym dogadałem busa, następnie jego szef jak z którym ustalono ostateczne warunki najmu) do 3 zł (10 zł – cały dzbanek) ,
smażone krewetki – 3 zł za „garść” – dosłownie,
specyficzne płaskie bułki smarowane serkiem/miodem – 1,5 – 3 zł/szt – najlepsza i najtańsza opcja na śniadanie,
kebab – określa się tak szaszłyki – 30 zł (z frytkami i napojem)  na placu Jemna El Fna w Marakeszu; ostro doprawione mięso w bułce (po północy w medinie w Fezie, w jedynym miejscu gdzie można było coś kupić do jedzenia, u 2 gości którzy mieli jakiejś własnej roboty blaszany grill i mięso niewiadomego pochodzenia, zakładam że mogło być nawet ze szczura) – 4 zł,
cola – 4 zł,
skręt od spotkanego w parku ojca z małym synkiem ( „Jamalem”) – „na kawe” czyli np 10 MAD =~ 4 zł,
piwo – tylko w hotelach, 4 euro,
papierosy – 8 zł,,
woda mineralna – 2 zł,
bułka – 0,5 zł,
naprawienie buta w uliczce przy medinie w Marakeszu – 9 zł (jeden z uczestników kupił „najlepszej jakości  klapki z skóry wielbłąda” – po 1 dniu urwał się pasek)
dres adidas – 80 zł (oczywiście tylko z nazwy),
buty Nike air max – 80 zł (też tylko z nazwy, ale mają już rok i się nie rozleciały),
trampki converse – 38 zł („Made by american workers In China” – tekst wyjazdu),
szisza (mała, podróżna) – 25 zł,
tytoń do sziszy – 4 zł,
węgielki do sziszy – 4 zł,
bębenek podwójny – z ceramiki oraz skóry, delikatnie pęknięty – 50 zł (od człowieka który grał nim na ulicy),
obraz ręcznie malowany – na murach obronnych w Essaiurze – w zależności od rozmiaru 9 – 40 zł,
owoce – cen dokładnie nie pamiętam, ale tak z połowę taniej niż w Polsce, do znacznie taniej (np. pistacje) ,

Porady:
- ZAWSZE negocjowac,
- płacić z góry, szczególnie za posiłki (dlatego, że później może się okazać, że np. bułka czy sosy są dodatkowo płatne,
- uważać z kim się rozmawia, jak ktoś jest tak uprzejmy, że pokaże nam jakieś ładne miejsce – na pewno będzie chciał zapłatę; oczywiście można też normalnie porozmawiać np. z sprzedawcami na targu czy w ludźmi w barze – można się dużo dowiedzieć – za darmo,
- jak chcesz coś załatwić – załatwisz to z taksówkarzem, zarówno transport na większe odległości jak i różnego rodzaju substancje psychoaktywne,
- nie ma potrzeby rezerwowanie noclegów, na miejscu nie Ty szukasz noclegu tylko on Ciebie,
- na ulicach non stop zaczepiają sprzedawcy różnego rodzaju narkotyków, ignorować ich, ponoć policja poluje na europejczyków którzy „posiadają” – w Maroko jest to nielegalne – ale dla rodowitych Marokańczyków to martwy przepis,
- za bycie pod wpływem alkoholu można trafić na 48h do więzienia, nie wolno pić w miejscach publicznych – można trafić do więzienia, nie pić w pociągu – można zostać z niego wyproszonym (co ciekawe pół pociągu paliło skręty – nikomu to nie przeszkadzało),
- w dobrym tonie jest zostawianie napiwków (oczywiście w restauracji, nie w budce „na rogu”), ale nie jest to wymagane,
- Marokańczycy mówią oprócz arabskiego po francusku (większość), angielsku (dużo), niemiecku (trochę) i znają podstawowe zwroty po polsku (oczywiście handlarze, np. Robert Makłowicz poleca; mucha rucha karalucha),
- na placu Jemna El Fna w Marakeszu za robinie zdjęć zaklinaczom węży czy kuglarzom z małpami na pewno będzie ktoś chciał opłatę,
- do Ozoud można ponoć dojechać autobusem, ale konieczny jest nocleg na miejscu; najlepiej wynająć Grand Taxi lub busa (my tak zrobiliśmy),
- na wodospadach Ozoud na siłę będzie chciał oprowadzać przewodnik, nie dość że jest on drogi – 30-50 euro – to jeszcze tak naprawdę nic nie wie o okolicy, jak powstały wodospady itd., poza tym droga dookoła wodospadów jest banalnie prosta (nie da się zgubić) – ale na początku poprowadzi przez potok (trzeba ściągać buty) i powie, że decyzję można podjąć „na szycie wodospadu” – to czysty marketing bo 30 m dalej jest kładka przez ten potok,
- w Ozoud można przespać się u lokalnych rastamanów, widziałem kilku „hippi” europejczyków, którzy tam nocowali, jest to ponoć bardzo tanie, dodatkowo w cenie są próbki różnych substancji J - nie nocowałem tam, ale kiedyś na pewno spróbuję,
- w Ozoud małpki najlepiej obserwować ok. 17:00 – pora karmienia,
- ogólnie im bardziej na południe tym bardziej orientalnie,
- w miastach syf, dużo ciekawsze i ładniejsze są miejsca „nie dotknięte cywilizacją” typu Sahara, wodospady, góry Atlas,
- przechodząc przez ulicę nie ma co liczyć że ktoś się zatrzyma, są 2 szkoły przechodzenia: przebiegamy przed autami lub zamykamy oczy i idziemy „na pewniaka” – samochody powinny nas omijać.

Krótki opis wycieczki:
Początek wiosny to okres promocji w tanich liniach lotniczych. Od dawna był plan na Maroko więc decyzja po znalezieniu fajnego połączenia trwała ok. 5 minut. Jako że kierunek egzotyczny, cena super niska, szybko uzbierała się ekipa 10 osób. Wstępny plan po lekturze przewodników - dokładne zwiedzenie północy kraju, ale lektura różnych relacji z podróży ludzi którzy już tam byli, nie pozostawiła złudzeń – trzeba jechać na południe. Dość szybko (dzięki właśnie relacjom) powstał zarys planu podróży. Lądujemy w Tangierze po południu, idziemy coś zjeść do mediny i ogólnie pochodzić  po mieście, a o 22:00 mamy nocny pociąg do Marakeszu, stamtąd na początek nad ocean do mekki surferów (chyba na wyrost bo żadnego nie widziałem) – Essauiry, następnie powrót do Marakeszu tam 1 lub 2 dni w zależności czy znajdziemy tani transport na wodospady w Ozoud i na koniec Fez skąd wylatujemy. Plan udało się zrealizować w 120% (bo Ozoud to była „opcja”) ! Tangier – pierwszy styk z kulturą arabską – dosyć bezbolesny bo to zaraz przy Europie – w sumie bez emocji. Marakesz – no tutaj już czuć że jesteśmy w innej rzeczywistości, na innym kontynencie. Na ulicach ruch przypomina mrowisko, aż niewiarygodne że nie ma non stop wypadków oraz temperatura, 40 stopni ! Tylko jakieś inne te 40 stopni niż u nas 30 (inna wilgotność) – jest ciepło, ale nie tak jak sobie wyobrażaliśmy. No nic, mimo wszystko trzeba jechać się ochłodzić. Ok, znajdujemy dworzec i wsiadamy do autobusu – a tutaj szok, autobus czysty, klimatyzowany, można się wyłożyć – bardziej spodziewałem się czegoś w stylu polskiego „PKS”. Essauira – wietrzne miasto (naprawdę, prawie jak Kielce), może dlatego tutaj jest znana na cały świat miejscówka suferów ? Nie wiem, fale jakieś strasznie wielkie nie były. O samym mieście mogę powiedzieć tyle, że najczystsze z tych które widzieliśmy podczas podróży, ładne stare mury obronne, sprzedawcy nie tak natrętni jak np. w Marakeszu, dużo i tanie owoce morza, można kupić zarówno surowe na targu oraz przyrządzone w przydrożnych budkach. Powrót do Marakeszu -  to miasto jakoś mnie nie porywało, bardziej irytowało po Essauirze. Tam 25 stopni, przyjemny wiaterek. Tutaj – duchota, sprzedawcy najchętniej by Cie zjedli. Ogólnie godzinka na Jemna El Fna wystarczyła, później był „chill out” w miejscu noclegowym. W tym miejscu warto opisać jak załatwiliśmy nocleg i busa do Ozoud. Wysiadając na stacji autobusowej po powrocie z Essauiry taksówkarz zagadał czy w czymś pomóc. Zapytałem, czy wie jak można się dostać do Ozoud. Padło pytanie ile osób, -10. Oczy Araba zamieniły się w dirhamy. Zaraz gdzieś tam pobiegł, podjechał drugi, coś tam pogadał, gdzieś zadzwonił i po 5 minutach przychodzi i rzuca jakąś śmiesznie wysoką sumę. Ja w śmiech i zbijam ją na próbę o połowę. Ten mnie zaprasza do baru po drugiej strony ulicy na herbatkę. Rozmowa się klei, opowiadam mu swój plan on słucha. Dalsze negocjacje, ja się nie zgadzam, on też nie. W końcu mu mówię, że jak wyrówna swoją cenę do ceny autobusów (gdzieś tam sprawdziliśmy przed wyjazdem) to ok. On dzwoni, jak się później okazało do szefa, daje mi go do telefonu.  Szef mi oferuje w tej samej cenie co ustalona z taksówkarzem dodatkowo nocleg z śniadaniem (o śniadaniu zaraz) – ok, deal J Na miejscu okazało się, że cena spadłą jeszcze o jakieś 10%, nocleg okazał się w riadzie (tradycyjny dom marokański) w którym właściciel żyje od 3 pokoleń. Standard naprawdę wysoki, prawdziwe prysznice, pokoje 2 i 3 os, taras (i dach) z widokiem na miasto no i wspomniane już śniadanie… Czyli dzbanek herbaty + 2 bagietki i spodeczek miodu na… 10 osób. Eh, oni zawsze chcą na czymś zarobić, no ale za w sumie 80 zł os/nocleg + bus na prawie 500 km, który zatrzyma się w Ozoud, poczeka ok. 4 godzin kiedy będziemy zwiedzać, super ! Wieczorem jeszcze tylko krótki spacerek po mieście i na drugi dzień wczesnym rankiem wyjazd. Wodospady naprawdę zapierają dech w piersiach, 110 m spadku, dookoła czerwone skały, gdzieś tam fruwa ptactwo, w drzewach można dostrzec małpki – miejsce obowiązkowe. Ostatnia noc w Fezie. Znowu powracamy do „Europy”, jakoś nowocześnie (tzn. jak na Maroko), nieciekawie. Nawet obeszliśmy mury pałacu króla, a trwało to chyba z 3h. Podsumowując Maroko to bardzo fajny kierunek, jest dużo taniej niż w krajach zachodnich, bardziej orientalnie, całkiem inna kultura i przyroda warta jest zobaczenia – szczególnie teraz, gdy można dolecieć „za drobne”. 









 Ciepło.




 Przykładowe stoisko z sokami "na miejscu".



 Rowerzysta w lokalnym ubraniu (Marakesz).
 Naciągacz na Jemaa el-Fnaa w Marakeszu.
 Stragany w pobrażu mediny w Marakeszu.

 Marokańska Floriańska.

 Szewc :)

 Cascades d' Ozoud.

Małpka z młodym w Ozoud.

 Meczet w Fezie.

Wiejski układ przed posiadłością króla w Fezie.


 Petit taxi.